Szłam pustym korytarzem. Teoretycznie pustym. Tak naprawdę wszędzie były małe kamerki i podsłuchy. Nigdy nie jesteś sam, zawsze ktoś cię obserwuje. Ty, normalny człowiek, zapewne nie zdajesz sobie sprawy, że CIA śledzi twój każdy krok, sprawdza, czy nie stwarzasz zagrożenia. Miliony nagranych rozmów zwykłych ludzi, miliony materiałów filmowych z ulicznych kamer, które mogą coś znaczyć, ale wcale nie muszą. Wszystko po to, żeby sprawdzić, czy zwykły cywil nie zagraża bezpieczeństwu narodowemu.
Skręciłam w prawy korytarz. Zobaczyłam rząd drzwi i mężczyznę w czarnym garniturze. Miał ciemne okulaty i małą słuchawkę w uchu, która dla normalnego człowieka powinna być niewidoczna. Ale nie dla mnie.
Trzynaście drzwi. Dwanaście z nich był czarne, za to trzynaste - brązowe. Była na nich mała, złota tabliczka z czarnym napisem:
Marc Grown, szef Wydziału Likwidacji Bomb i Innych Ładunków Wybuchowych
Agent w czarnym garniturze uśmiechnął się do mnie połową twarzy i wskazał mi na drzwi prowadzące do gabinetu pana Marca Growna. Spojrzałam na niego czujnie, nie odezwałam się. Miał około czterdziestu lat i myślę, że gdybym sprawiała zagrożenie mógłby próbować mnie pokonać- myślę również, że poradziłabym sobie z nim.W mojej głowie wybiła czternasta - godzina, na którą byłam umówiona z Marciem Grownem. Jeszcze raz spojrzałam kontem oka na faceta w czarnym garniturze (mógł być wrogim mi szpiegiem, nie mogłam go olać) i zapukałam w brązowe drzwi.
- Proszę - opowiedział mi przytłumionym głos (drzwi pewnie były kuloodporne).
Nacisnęłam klamkę. Gabinet był mały, urządzony w brązach. Na prawej ścianie wisiało dziewiętnaście zdjęć, przestawiających pana Marca z rodziną. Na biurku, które stało na środku pokoju, luzem było rozrzucone kilka papierów. Po lewej stronie było pudełko ze spinaczami, nie domknięte. Nie widziałam przodu biurka, ale jestem pewna, że ma trzy szuflady i dwie szafki.
Marc Grown był potężnie zbudowanym mężczyzną, który już nie uczestniczył w tajnych misjach. Miał małą bliznę na lewym policzku, a jego oczy, jedno niebieskie, drugie zielone, były otoczone delikatnymi zmarszczkami. Włosy miał szpakowate, zaczesane do tyłu. Wskazał mi ręką krzesło, stojące przed jego biurkiem. Siedem prętów w oparciu, pomyślałam. Czasami uciążliwa jest ta spostrzegawczość szpiega.
- Misja, panno O'Kelly - powiedział, przyglądając mi się. Jego oczy były jak promienie Roentgena - miałam wrażenie, że nic się przed nim nie okryje. Co było prawdą. - Pierwsza odkąd wstąpiła pani do CIA, nie mylę się?
Jakbyś nie wiedział, pomyślałam, patrząc mu prosto w oczy. Kątem oka widziałam teczkę z moim nazwiskiem - wystawała z nie domkniętej szuflady po prawej stronie. Została odłożona w pośpiechu. Zapewne czytał ją przed moim przybyciem.
- Tak - odpowiedziałam. Mężczyzna dalej mi się przyglądał, jakby był małym dzieckiem, które zauważyło ciekawy okaz zwierzęcia w zoo.
- Jesteś dobra - powiedział, rzucając ukradkowe spojrzenie na moją teczkę. Nie odwróciłam od niego wzroku.
- Tak mówią - powiedziałam obojętnie.
Marc Grown uśmiechnął się. Zmarszczki pogłębiły się, a blizna na policzku stała się na moment bardziej widoczna. Po chwili ponownie przybrał poważny wyraz twarzy.
- Przydzieli cię do mojego wydziału, musisz być dobra - podsumował. Otworzył szufladkę po lewej stronie biurka i wyjął z niej szarą teczkę, nie podpisaną. - Według jednego z naszych informatorów, dwudziestego piątego sierpnia, za dwa tygodnie, wybuchnie bomba podłożona w Białym Domu.
Spojrzałam na niego bez mruknięcia oka. Nie chciałam okazywać radości, jaka wywarła na mnie ta misja. Kiwnęłam tylko głową.
- Będę pracować sama? - spytałam.
Marc Grown uśmiechnął się z lekką kpiną.
- Dobrze wiesz, że w naszym wydziale każdy ma partnera. Jednak ty będziesz miała partnera nietypowego.
Jak każdy normalny agent, spojrzałam na niego czujnie. W naszym życiu wszystko co jest nietypowe komplikuje sprawę. Życie szpiega jest wystarczająco nietypowe.
- Czyli? - spytałam, doskonale udając obojętny głos.
Mężczyzna lekko się skrzywił.
- Jak zapewne wiesz, w historii CIA zdarzały się takie przypadki* - powiedział powoli. Przybrał obojętny wyraz twarzy. - Staramy się, żeby nasi agenci mieli zapewnione jak najlepsze wsparcie na świecie - ciągnął, starannie dobierając słowa. - Musieliśmy podjąć współpracę z brytyjskim wywiadem.
- MI6? - spytałam, nie umiejąc ukryć zdziwienia. - Ale po co? Przecież CIA...
- Potrzebne nam ich umiejętności w niektórych misjach - przerwał mi. - Po za tym, dzięki MI6 mamy więcej agentów do dyspozycji. Rząd amerykański i brytyjski naciskał na nas. Nie mieliśmy innego wyjścia.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem. Tak naprawdę, to tego nie rozumiałam. Jesteśmy najlepsi na świecie - po co nam jakieś brytyjskie mendy?
- Twoim partnerem będzie agent z MI6 - ciągnął Marc Grown. Pokiwałam głową, starając się nie skrzywić.
- To gdzie on jest? - spytałam. Spodziewałam się, że zaraz wleci przez okno ze spadochronem, czy coś takiego.
Marc uśmiechnął się połową twarz. Agenci ten uśmiech mają wpisany w geny, pomyślałam.
- W Wielkiej Brytanii - powiedział. - Macie się spotkać 13 sierpnia w Nowym Meksyku, w Santa Fe. Polecisz tam z Los Angeles.
Uniosłam wysoko brwi.
- Nie lepiej, żebyśmy się spotkali w Waszyngtonie? - spytałam, patrząc uważnie na twarz agenta.
Mężczyzna prawie się roześmiał.
- Macie dwa tygodnie. Musicie się poznać. Po za tym, trzeba zmylić wroga. Raczej by się domyślił, że chcemy go zdemaskować, gdyby dwudziestego trzeciego sierpnia dwóch agentów pojawiło się w Waszyngtonie? Musicie tak rozłożyć plan podróży, żeby dostać się do stolicy dwa dni przed wybuchem. I zapamiętaj sobie - postaraj się go poznać i zaufać mu. Bez wzajemnego poznania i zaufania partnerów, nigdy nie powiedzie się misja.
Kiwnęłam głową. Oczekiwał ode mnie rzeczy niemożliwej - miałam zaufać agentowi, którego nie znałam. Szpieg tak nie potrafi.
- Kto ma być moim parterem?
Marc Grown sięgnął do teczki i wyjął z niej plik kartek, spięty spinaczem. Na samym początku było zdjęcie młodego mężczyzny. Miał on potargane blond włosy. Jego niebieskie oczy wyglądały jak karaibskie niebo. Nad prawą brwią była blizna. Usta miał pełne, o jasnoróżowym kolorze. Wszystko to zarejestrowałam w zaledwie sekundę.
Spojrzałam na rubrykę imię i nazwisko.
- Nick Marshall - przeczytałam na głos. Marc kiwnął głową. Przeszłam do rubryki pseudonim. - Uwodziciel? - W moim głosie słychać było zdziwienie i zniesmaczenie.
- Nick Marshall, pseudonim Uwodziciel - powtórzył powoli Marc Grown. - Słyszałem, że jest dobry. Nawet bardzo. A jego papiery to potwierdzają.
Złapał ukraińską mafię, która próbowała przemycić broń, rzuciło mi się w oczy. Przebiegłam pobieżnie tekst.
Zapobiegł zamachowi na życie królowej Anglii... Przejął statek z materiałami wybuchowymi rąk rosyjskich terrorystów... Wykradł wrogiemu agentowi listę nazwisk agentów MI6... Uratował córkę prezydenta Francji z rąk porywaczy... Uwiódł włoską agentkę, kradnąc jej bombę, która miała wysadzić Luwr... Wykrył spisek przeciw rodzinie panującej...
Z jednej strony była pod wrażeniem jego dokonań, z drugiej strony byłam zniesmaczona.
- Większość jego wrogów to kobiety, prawda? - spytałam, nie podnosząc wzroku znad jego zdjęcia.
- Zgadza się, panno O'Kelly.
Odsunęłam od siebie papiery i spojrzałam na Marca Growna.
- Muszę z nim pracować? Nie przydzielicie mi nikogo innego? - To było pytanie retoryczne i Grown doskonale to wiedział. Jednak zaprzeczył ruchem głowy.
- Jak to zadanie się wam nie powiedzie, nie będzie twoim partnerem. Ale jeżeli wam się uda...
... to będziemy wykonywać razem każdą misję, nawet jeżeli będziemy się nienawidzić, dokończyłam w myślach.
Pokiwałam głową.
- Jakieś szczegóły misji?
Marc Grown spojrzał na mnie wzrokiem pełnym ulgi - najwyraźniej nie lubił mówić o MI6.
- Macie dwa zaproszenia na bal w Białym Domu, z okazji urodzin Pierwszej Damy - powiedział, wyciągając z teczki dwie krateczki. Były bogato zdobione, a fantazyjną czcionkę trudno było odczytać. - W czasie tego balu, około dwudziestej trzeciej, ma wybuchnąć bomba. Bal rozpoczyna się o godzinie dziewiętnastej. Będziecie mieć godzina na pokręcenie się wśród tłumu. Potem macie zniknąć i znaleźć Bombę. I ją zniszczyć.
- Jaki model? - spytałam, biorąc jedno zaproszenie do ręki. Było dla Logana Underwooda.
- Standardowy - agent wzruszył ramionami.
- Żadne wyzwanie - mruknęłam, odkładając zaproszenie.
Marc zaśmiał się.
- Zaiste, żadne - przyznał mi racje. - Ale jeżeli wam się nie uda, zginą najważniejsze osoby w państwie. Wam się pewnie uda uciec - wzruszył ramionami. - Uwodziciel jest dobry w ucieczkach.
Nie pocieszył mnie.
- Jaką mamy przykrywkę na bal?
Mężczyzna ponownie uśmiechnął się połową twarzy.
- Logan Underwood - postukał palcem w zaproszenie, które przed chwilą odłożyłam - jest synem Patricka Underwooda, amerykańskiego polityka i naszego byłego agenta, który zgodził się zapewnić wam tą przykrywkę. Ty masz na imię Weronica McLaggen. Jesteś sto czterdziesta druga w kolejce do brytyjskiego tronu. Będziesz osobą towarzyszącą Logana. A konkretnie - jego narzeczoną.
Nie podobało mi się to. Ale w końcu to tylko przykrywka.
- Osoba, która podłożyła bombę będzie na balu. Musi wiedzieć, że wszyscy, których chce zabić są na miejscu - powiedziałam bardziej do siebie, niż do Growna.
- Doskonale, panno O'Kelly. - Poczułam się jak w szkole. Jakbym dała Dobrą odpowiedź na zadane przez nauczyciela pytanie. - Ta bomba jest bardzo nie wygodna na zamachowca - była robiona bardzo szybko, przez co jest topornej konstrukcji. Wróg będzie miała pilot, który odpala tą bombę. Wy musicie wyśledzić go iść i odebrać mu ten pilot. Ale, tak jak zauważyłaś, zamachowiec będzie się chciał upewnić, czy aby na pewno zabije prezydenta, który zapewne jest głównym celem. Przecież w tym czasie, w którym będzie chciał odpalić bombę, prezydent może dostać jakieś nagłe wezwanie. Zamachowiec wybierze najbardziej odpowiednią chwilę, wyjdzie, oddali się od Białego Domu i uruchomi bombę.
- Może być więcej ludzi - powiedziałam powoli - żeby ubezpieczać osobę, która ma odpalić bombę.
- Zapewne będą na nią czekać w umówionym miejscu - przytaknął.
To była jedna z tych misji, w której albo wszystko pójdzie gładko, albo wszystko zepsujesz.
- Wezwę Mayę, żeby przekazała ci niezbędne wyposażenie. - Wystukał coś na swoim smartphonie. Następnie spojrzał na mnie i uśmiechnął się. - Powodzenia.
Przyda się, pomyślałam.
~*~
Dobra, udało mi się napisać rozdział na dzisiaj. Ale 2 już na 100% będzie we wrześniu, bo jutro wyjeżdżam i przez 3 tygodnie nie będę miała dostępu do komputera i internetu ; )
Nudnawy trochę, ale musiałam jakoś to wszystko wprowadzić. Co prawda, jeszcze nie wiecie jak ma na imię główna bohaterka, znacie tylko jej nazwisko, no ale XD
Przepraszam za wszystkie błędy, których nie udało mi się poprawić ; )
czytasz = komentujesz ; )
podoba mi się. jeszcze nigdy nie czytałam opowiadania o takiej tematyce. bardzo ciekawi mnie ten cały Nick, pewnie będzie chciał uwieść główną bohaterkę ;D nowy rozdział to chyba jedyna fajna rzecz na którą warto czekać do WRZEŚNIA xD
OdpowiedzUsuńmuszę przyznać, że fajny rozdział :) domyślam się, że Nick będzie próbował poderwać naszą bohaterkę XD szkoda, że następny we wrześniu :( możesz mnie informować? @trolololoool
OdpowiedzUsuńNie był nudny, bo się wyjaśniło trochę Nick pewnie ją uwiedzie. Sądzę, że warto czekać do września :D
OdpowiedzUsuńNick już mnie intryguje. No ciekawe, jak będzie im się układała "współpraca" ;D Ogólnie bardzo fajny pomysł na opowiadanie :) www.somany-dreams.blogspot.com
OdpowiedzUsuńNo jasne, że skomentuję. Udało ci się to opowiadanie. Takie z lekkim dreszczykiem emocji. Podejrzewam, że w nastepnych rozdziałach będzie dużo więcej akcji, ale jak na początek przyzwoicie:d Jestem ciekawa, jaki jest charakter głównej bohaterki i jej przeszłość przed CIA. Moja uwagę zwrócił także Nick. Mam nadzieję, że nie jest on na prawdę takim dwulicowym ,,uwodzicielem'' i dogadają się z O'Kelly.
OdpowiedzUsuńJeśli mogłabys mnie informować o nowych rozdziałach tutaj http://tocowzyciunajwazniejsze.blogspot.com/
Byłabym wdzięczna;D
Spodobało mi się to opowiadanie. Znaczy rozdział 1. Inne niż wszystkie które dotychczas czytałam. Zaczęłam obserwować. I zapraszam do siebie.
OdpowiedzUsuńcudowny <3 pisz czesciej ;0
OdpowiedzUsuń