piątek, 30 listopada 2012

informacja + rozdział 4

Zastanawiam się nad zawieszeniem tego bloga na czas nieokreślony. Nie mam czasu niczego pisać, a jak już coś mnie najdzie to zazwyczaj taka pisanina do szuflady. Po za tym nie mam jak promować bloga, bo na razie nie planuję powrotu na twittera. Chyba zdecyduję na wakacjach, kiedy skończę gimnazjum i będę miała trochę spokoju.
Muszka nominowała mnie Liebster Awards. Serdecznie dziękuję za docenienie mojej pracy, to bardzo miłe ; ) Na końcu notki odpowiem na twoje pytania ; )

Mam nadzieję, że moi nieliczni czytelnicy zrozumieją moją decyzję. Jeszcze dodam rozdział  który kiedyś tam udało mi się napisać. nie jest rewelacyjny, ale jak już go mam, to dodam ; )

1. Co jest dla ciebie największą inspiracją/motywacją do działania? Właściwie to chyba mój upór i nic więcej. Ogólnie jestem leniwym człowiekiem, ale jeżeli się na coś uprę, to będę do tego dążyć. 2. Jaka jest twoja ukochana  muzyka i jej wykonawca? Demi Lovato, One Direction, Little Mix, Justin Bieber. Obecnie jestem cukierkową panną, jeżeli chodzi o muzykę ; )
3. Co zyskujesz dzięki pisaniu bloga? Hm. Miałam ich już kilka. I chyba jedyne co zyskałam to większa pewność siebie, jeżeli chodzi o moje pisanie.
4. Jaki jest twój największy strach? Jeziora, morza, baseny. Wszystkie głębokie i duże zbiorniki wodne. I wysokości. 
5. Jakie jest twoje największe pragnienie/marzenie? Nie licząc spotkania sowich idoli, to zrealizowanie się we własnych pasjach.
6.Co wywołuje w tobie najsilniejsze uczucia i emocje? Zdecydowanie książki.
7. Czego nigdy byś nie zrobiła? Pokazała się publicznie w stroju kąpielowym ; )
8. Jaką cechę cenisz sobie w swoich przyjaciołach? Szczerość.
9. Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia, czy według ciebie wymaga to czasu? Miłość od pierwszego wejrzenia? Lubię o tym czytać, ale osobiście uważam, że to bujda. By takie uczucie się pojawiło potrzeba czasu, zdecydowanie. 
10. Jaka jest twoja ulubiona książka i film? Harry Potter, Percy Jackson, Zaplątani, Zmierzch. Dużo tego, baardzo dużo ; )
11. Co nazywasz swoim hobby? Pisanie. I świr na punkcie mitologii greckiej. 

Rozdział


Siedzieliśmy w samolocie do Nowego Jorku. Nick miał tam coś do załatwienia – nie wnikałam, mało mnie to obchodziło.
Rano, jak jedliśmy w milczeniu śniadanie, powiadomił mnie o tym.
- Dzisiaj lecimy do Nowego Jorku. Mamy już rezerwacje – rzucił, jakby mówił o spacerze do supermarketu.
Zacisnęłam usta w wąską linię. Kiwnęłam głową, nie odwracając wzroku od swojego talerza.
- Mam tam coś do załatwienia – dorzucił.
Jakby mnie to cokolwiek obchodziło.
Przez większość lotu, starałam się na niego nie patrzyć – mogłabym go zadźgać ze złości, czy coś.
- Masz zamiar mnie ignorować? – usłyszałam. Spojrzałam na mojego towarzysza – wyglądał cholernie dobrze. To tylko pogarszało sprawę. Zauważyłam, że stewardessy patrzą na niego z zaciekawieniem i szepczą między sobą rozchichotane. Głupie.
- Możliwe.
- Wiesz, mamy ze sobą pracować. Mogłabyś być trochę milsza.
Mógłbyś być brzydszy i mniej pewny siebie, pomyślałam.
- Jestem miła – rzuciłam tylko. Jego jasne brwi powędrowały w górę.
- Och, doprawdy? – spytał z kpiną. – A patrzysz na mnie, jakbyś rozważała wyprucie mi flaków.
Również uniosłam brwi.
- Wyprucie flaków? Tobie? Szkoda brudzić sobie rąk – szepnęłam.
Zaśmiał się.
- Poza tym – ciągnęłam – po co miałabym cię zabijać? Skończymy tą misje i nasze drogi się rozejdą.
- W to szczerze wątpię – zaprzeczył z szarmanckim uśmiechem. – Przecież jesteśmy partnerami.
- Powiem, że się z tobą nie dogaduje. Dadzą mi kogoś innego.
- Oczywiście, że ci nie dadzą. To, że misja się powiedzie, będzie zaprzeczeniem twoich słów. Chyba, że będziesz ją sabotować.
Zmrużyłam oczy.
- A ty czemu nie masz partnera, co? Siedzisz w tym dłużej niż ja, już powinieneś mieć. Chyba, że większość ludzi uważa cię za głupawego egoistę, z którym nie można normalnie pracować.
- Do tej pory pozwalali mi pracować na własną rękę – odpowiedział, nachylając się do mnie. – Ale po ostatniej misji, stwierdzili, że za dużo ryzykuję.
- Czemu padło akurat na mnie – mruknęłam, opierając się ciężko o oparcie.
- Przeznaczenie – podsunął.
- Złośliwość losu – sprostowałam.
- Szczerze w to wątpię – szepnął. Zaczął gładzić mnie po dłoni. Siedziałam sparaliżowana. Cholera, czemu on tak na mnie działa. – Od tej pory raczej będziesz musiała ze mną pracować do emerytury. – Nachylił się i zaczął dotykać moich włosów.
Opanowałam oddech. Chciałam mu powiedzieć, że ma przestać, jednak on mi przeszkodził. Pocałował mnie krótko i usiadł. Chwycił mnie za rękę. Chciałam mu się wyrwać, jednak on trzymał mocno. Usłyszałam jego cichy chichot. Zamorduje go kiedyś. Nie ma mowy, że mam z Nickiem tworzyć drużynę przez resztę mojej kariery zawodowej.
- Proszę zapiąć pasy, podchodzimy do lądowania.

*

- Gdzie mamy hotel? – spytałam.
- Nie, jesteśmy tu tylko na kilka godzin. Coś komuś tam, potem pozwiedzamy i lecimy dalej – powiedział, splatając swoją dłoń z moją.
- Co ty robisz? – syknęłam.
- Trzymam się przykrywki – szepnął. Uderzyłam go w klatkę piersiową, jednak on się tylko zaśmiał. – Idę dać nasze rzeczy to przechowalni. Spotkamy się za parę minut, przy kiosku. Jest przy wyjściu.
Cmoknął mnie w policzek, ja go ponownie uderzyłam i zabrał nasz walizki.
Nie patrząc na niego, poszłam z tłumem ludzi w stronę wyjścia. Nie miałam ochoty czekać na tego kretyna, ale nic mi nie pozostało. Zaczęłam przeciskać się przez ludzi. Mogłam mieć ogon, więc chciałam zgubić potencjalnych obserwatorów. Weszłam do łazienki i przebrałam się. Nie zmieniałam ogólnego wyglądu – nie mogłam pozwolić, żeby Nick mnie nie rozpoznał. Ale nie mogłam paradować w tych samych ciuchach, które miałam w samolocie. To by było nieodpowiedzialne.
Jak wyszłam, od razu rzucił mi się w oczy salon prasowy. Szybkim krokiem przecięłam wielką halę i weszłam do kiosku. Tam skierowałam się na dział z gazetami kobiecymi, chociaż nigdy takowych nie lubiłam. Według mnie były snobistyczne.
Przeglądałam różne magazyny już z jakieś piętnaście minut. Denerwowałam się. Chciałam, żeby Nick już tu przyszedł. Zganiłam siebie za to w duchu. To Nick. Uwodziciel. Daje ci fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Nie możesz myśleć, że przy nim nic ci nie grozi.
Po dwudziestu minutach poczułam, że ktoś mnie przytula od tyłu. Już zamierzałam walnąć temu komuś z łokcia w brzuch, jednak usłyszałam szept.
- Ładnie wyglądasz. – Owionął mnie jego ciepły oddech. Zaczął mi jeździć nosem po policzku.
- Przestań – szepnęłam, patrząc zażenowana na czasopismo, które trzymałam w ręku.
- A co jeżeli nie chcę? – spytał, jednak przestał mnie obejmować.
Odwróciłam się do niego.  Jego oczy świeciły się wesoło, uśmiechał się. Ale nie tak jak zawsze – bez kpiny i szyderstwa.
- Co chciałbyś przez to powiedzieć? – powiedziałam, starając się zignorować zachowanie mojego serca. Byłam świadoma, że obserwuje nas kobieta zza lady. Sądząc po jej minie, zachwycała się niezwykle kształtnym tyłkiem Uwodziciela.
- Ty ciągle myślisz, że poprzedniej nocy grałam? – odpowiedział mi pytaniem.
Poczułam, że moje policzki zrobiły się gorące.
- A nie? – mruknęłam bardziej do siebie niż do niego.
Zaśmiał się. Wyciągnął mi gazetę z ręki i objął w pasie. Już chciałam mu się wyrwać, jednak on spojrzał na mnie z ostrzeżeniem. Pamiętaj o przykrywce.
- Bierzemy. – Podeszliśmy do lady. Kobieta wzięła magazyn i skasowała go. Nick już podawał jej banknot. Podał mi gazetę. – Reszty nie trzeba.

*

Siedzieliśmy na ławce w Central Parku. Pewnie większość brała nas za parę – Nick obejmował mnie, ciągle do siebie coś szeptaliśmy, raz, żeby mnie wkurzyć, znowu mnie pocałował. Dla obserwatorów byliśmy jakimiś zakochanymi szczeniakami.
- Przestań się wydurniać – szepnęłam. – Nie możesz się zachowywać normalnie?
Zaśmiał się. Nachylił się i delikatnie mnie cmoknął w ramię.
- Niby jak się zachowuję? – spytał, wąchając moje włosy.
- Krępujesz mnie – powiedziałam. Po chwili zdałam sobie sprawę, że mówię prawdę. Krępowała mnie ta jego swobodność. Gdyby mógł, to by mnie obmacał na tej ławce. Według mnie takie rzeczy są zarezerwowane dla ludzi, którzy tworzą związek.
- Czym? – Odgarnął mi włosy z twarzy. Zaczął mnie głaskać po policzku.
- Właśnie tym – szepnęłam, spuszczając wzrok. Byłam słaba, ale w tym momencie miałam to w dupie.
- To, jak się wobec ciebie zachowuję? – upewnił się.
- Dokładnie. Jakbyśmy byli… no wiesz. – Głupia jestem, zganiłam się. Bałam się wypowiedzieć słowa ‘razem’.
Tym razem się nie zaśmiał. Nachylił się jeszcze bliżej – teraz stykaliśmy się nosami.
- A podoba ci się to?
Odsunęłam się od niego. W tym momencie zauważyłam, że za nami, w odległości paru metrów, stoi jakiś facet i przygląda się nam. Miał na oko pięćdziesięciu lat, zaokrąglony brzuszek i ogromne, staromodne okulary.
Ponownie nachyliłam się do Nicka i szepnęłam w jego ucho:
- Za nami, facet w okularach.
Chłopak udał, że odgarnia mi włosy. Ukradkiem zerknął w jego stronę.
- Och – powiedział z uśmiechem. – To jeden z powodów naszego przyjazdu do tego pięknego miasta. 

poniedziałek, 29 października 2012

Chapter Three: "Mogłeś spać na kanapie"


     Przekręciłam klucz. Czułam, że Nick stojący za mną uśmiecha się kpiąco. Zacisnęłam usta w cienką kreskę i weszłam do pokoju hotelowego. Był dość duży. Najbardziej przerażało mnie łoże małżeńskie. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że będę musiała spać z Nickiem. Raczej nie uda mi się wywalić go na kanapę. A ja na kanapie spać nie będę,  o nie.
     Rzucił swoją torbę na środek pokoju, obok mojego bagażu. Rozejrzał się i zatrzymał wzrok na mnie. Uśmiechnął się kpiąco.
     - Znasz przykrywkę?
     Zrobiłam nadąsaną minę.
     - Ty śpisz na kanapie.
      Roześmiał się.
     - No chyba żartujesz – prychnął, dalej się uśmiechając. – Jak już ma spać na kanapie, to ty.
      Zagotowało się we mnie. Ja?! Chyba sobie kpi.
      - Jestem kobietą – powiedziałam, wysuwając dolną wargę do przodu. – Biorąc pod uwagę fakt, że jesteś gentelmanem, to powinieneś ustąpić mi miejsca.
     - Niestety – westchnął, podchodząc do mnie. Dzieliło nas kilka centymetrów. Chwycił kosmyk moich włosów i zaczął się nim bawić. – Jestem wrednym skurwysynem, więc albo śpisz ze mną, albo na kanapie. No, jeszcze ziemia wchodzi w opcje.
     Prychnęłam, starając się ignorować jego kuszący zapach i przenikliwe spojrzenie.  Dotknął koniuszkiem palca mojej szyi. Mój puls lekko przyśpieszył. Zaczął mnie głaskać. Czułam jego oddech na policzku. Oblizałam wyschnięte wargi.
     Pocałował delikatnie moje czoło. Wargami przesunął po moich skroniach. Położył całą rękę na mojej szyi. Następnie delikatnie musnął moje usta. Stałam bezwiednie, sparaliżowana czułością Nicka.
     Ostatkami wolnej woli odsunęłam się od niego.
     - Łapy przy sobie – powiedziałam słabo. Trochę kręciło mi się w głowie. Zobaczyłam na jego twarzy uśmiech.
     Wiedziałam, że ani ja, ani Nick nie zrezygnujemy z łóżka. Rozwiązanie było tylko jedno. I on to wiedział. I nie wiedzieć czemu, się cieszył.
     - Pierwszy zajmuję łazienkę – zakomunikował, wymijając mnie.

*


     Północ. Czytałam jeszcze książkę, a Nick oglądał jakiś kretyński program w TV. Powoli zaczynała dopadać mnie senność. I chyba było to po mnie widać.
     - Połóż się już spać, zmęczona jesteś – powiedział Nick.
     Nie miałam siły się z nim kłócić. Popatrzyłam się chwile w książkę, a następnie odłożyłam ją na szafkę nocną i wyłączyłam lampkę. Przykryłam się  kołdrą i położyłam się na samym brzegu łóżka. Usłyszałam śmiech chłopaka, ale nie zareagowałam.
     Po jakiś dziesięciu minutach Nick wyłączył telewizor i również się położył. Rozwalił się swobodnie na swojej połowie, zabierając mi kołdrę. Wkurzyłam się. Pociągnęłam ją, żeby się przykryć. Po pełnym złości sapnięciu  domyśliłam się, że odkryłam Uwodziciela. Chwyciłam mocniej kołdrę, żeby nie mógł mi jej zabrać.
     Nagle poczułam, że coś mnie przesuwa bardziej w jego stronę.
     - Musisz mi zabierać kołdrę?! – usłyszałam natarczywy szept.
     Przesunęłam się ma moje poprzednie miejsce  i ponownie pociągnęłam nakrycie.
     - Tak – syknęłam. – Zimno mi.
      W odpowiedzi  mnie odkrył. Cała kipiąc, usiadłam i pociągnęłam kołdrę. Starłam się nie patrzyć na jego klatę, bo mogłoby to wywołać zawroty głowy.
     Również usiadł i spojrzał na mnie wściekły.
     - Musisz tak dziwaczyć?! – spytał ostro.
     - Mogłeś spać na kanapie – odpowiedziałam nadąsana, chwytając w objęcia kołdrę. Nick wyrwał mi ją i spojrzał na mnie triumfująco. Starając się opanować rodzącą się we mnie furię, wyszarpałam mu obiekt naszej kłótni. Przegryzłam wargę, żeby nie wydrzeć się na niego.
     Tymczasem on zrobił coś totalnie nie spodziewanego – pocałował mnie. Ale nie tak jak ostatnim razem – wtedy to była zwykła gra. Chociaż, teraz to też mogła być gra, tylko lepiej ją ukrywał. W każdym razie – był szczerszy w tym pocałunku. Wyszarpał mi tą kołdrę z rąk, rzucił ją i objął mnie w tali. Zanurzyłam ręce w jego blond włosach i ochoczo oddałam pocałunek, nie bardzo wiedząc co się ze mną dzieje. Przywarł do mnie swoim ciałem, doskonale czułam przez cienką koszulkę jego mięśnie brzucha. Jego ręka powędrowała niżej, włożył ją pod moją bluzkę. Zaczął jeździć opuszkami palców po mojej skórze, zbliżając się do biustu. Parę sekund później, poczułam jak jego dłoń zacisnęła się na mojej piersi. Oderwałam się od jego ust. Spojrzał mi w oczy – w jego niebieskich tęczówkach kryło się coś, czego nie umiałam nazwać. Patrzyliśmy w siebie, on dalej trzymał moją pierś.
     Po paru sekundach oprzytomniałam i wyrwałam mu się. Pobiegłam do łazienki. Zamknęłam drzwi na klucz, wiedząc, że to i tak go nie powstrzyma, że jeżeli będzie chciał, to i tak się tutaj dostanie. Usiadłam na ziemi i ukryłam twarz w dłoniach. Czemu mnie musieli wpakować w takie gówno? Dobrze wiedzieli, że jestem zwykłą dziewiętnastolatką, która w szkole dla dziewczyn nie zdążyła się wyżyć seksualnie. Nasłali na mnie chodzącą bombę testosteronu, która postanowiła się mną zabawić.
     Usłyszałam pukanie.
     - Yvonne, wyjdź – zażądał Nick.
     Miałam ochotę dać mu w twarz. Nie odpowiedziałam, tylko skuliłam się jeszcze bardziej.
     - Chcesz spać w łazience? – spytał.
     Ponownie go zignorowałam.
     - Yvonne – powiedział tonem starszego brata. Jakby normalny starszy brat robił takie rzeczy siostrze, to może zdobyłby moje zaufanie.
     Usłyszałam jak ktoś gmera w zamku. Wiedziałam, że zaraz drzwi się otworzą, a ja zobaczę Boskiego Nicka.
     Tak jak przewidziałam, po kilku sekundach zobaczyłam postać Marshalla, wcale nie mniej boską, niż ją zapamiętałam.
     Spojrzałam na niego wielkimi oczami wystraszonego kociaka.
     Kucnął przede mną i chwycił moje dłonie. Próbowałam mu się wyrwać, ale zbyt mocno trzymał. W MI6 pewnie mają szkolenie ‘Żelazny uścisk’.
     - Daj spokój – szepnął. Myślał, że ja dam się nabrać na te jego gierki. Ale ja nie jestem tak żałosna, jak te kobiety, które lecą na Bonda. Jestem jedną z tych, które chcą mu skopać tyłek.
     - Ja mam dać spokój? – mruknęłam. – Nie moja wina, że chcesz…
     - Nie chcę cię uwieść – przerwał mi i wstał. Popatrzył na mnie z góry. Wyglądał raczej jak antyczny posąg Hermesa albo Apolla, a nie jak współczesny agent. Doskonale rozumiałam te wszystkie kobiety, które dały mu się zwieść. Ale ja taka nie będę. Muszę być twarda.
     Wstałam powoli, starając się go nie dotknąć. Zadarłam głowę i spojrzałam na niego spod przymrużonych powiek.
     - Jeżeli myślisz – wysyczałam – że natknąłeś się na kolejną dziwkę, to się grubo mylisz.
     Chciałam go wyminąć, ale stanął w drzwiach.
     - Serio myślisz, że jestem dziwkarzem? – spytał, unosząc jedną brew.
     - Ja to wiem.
     Podszedł do nie bliżej. Owionął mnie jego zapach – pachniał jak czekolada, którą zawsze przywoziła mi babcia z misji.
    - Kobiety, które przyciągają moją uwagę nie w strefie zawodowej, nie mogą być dziwkami. Muszą być wyjątkowe. Cała reszta to element gry – szepnął.
    - Czyli co? – również szepnęłam. – Mnie również chcesz wykorzystać do swoich celów?
     Roześmiał się. Bardzo zabawne.
     - Młoda jesteś.
    - Odezwał się ten doświadczony.
    - A żebyś wiedziała.
    - Żałosny jesteś.
    - Wmawiaj sobie.
    - Ja sobie tego nie wmawiam – syknęłam.
    Ponownie się roześmiał.
    - Przyjmijmy to jako wersję roboczą.
    Cmoknął mnie w policzek i udał się w stronę sofy. Położył się na niej i przykrył kocem. 

PRZEPRASZAM. Po prostu brak czasu. 
Dobra, usunęłam twittera. Nie miałam na to kompletnie czasu. 
Jak widać, szablon mi się zepsuł. Na razie zostanie taki jaki jest, ale już zamówiłam kolejny ; ) Mam nadzieje, że zamówienie zostanie wykonane. Jak nie - muszę szukać dalej.
Dalej. Chciałabym, żeby blog stał się trochę popularniejszy. Wiem, że notki są w bardzo, ale to bardzo nieregularnych odstępach dodawane, ale nie poradzę nic na to, że kompletnie nie potrafię planować sobie czasu. Taka moja osobowość. W każdym razie. Możecie go polecić, no nie wiem, znajomym, na jakimś forum? Cokolwiek. Chciałabym zyskać kolejnych czytelników. 
Chciałabym zadedykować notkę Dziewczynie, która pisała do mnie na gg i pytała się o nią. Klaudia się nazywałaś, prawda? W każdym razie - dziękuję Ci za motywowanie mnie. Bez Ciebie myślę, że ta notka powstała by dopiero za milion lat ; )

poniedziałek, 3 września 2012

Chapter Two: "Patrzył na mnie jak na skomplikowany układ równań. "


     Przy postoju taksówek tłoczył się spory tłum ludzi. Byłam w Santa Fe. Miałam na sobie czerwoną perukę, mnóstwo pudru na twarzy, sztuczne rzęsy, większy nos, ubrania na hipisa. Podstawowy środek bezpieczeństwa - kamuflaż. Agent z długim stażem czuje się lepiej w przebraniu, niż we własnej skórze. Mnie też to czeka. Ale jeszcze nie teraz.
     Zegar na wieży  wybił godzinę dziesiątą. Była trzynasta, 13 sierpnia. Stałam przy lotnisku w Santa Fe, miałam trzy godziny do spotkania z Nickiem Marshallem. O szesnastej musiałam być w Starsie - miejscowym centrum handlowym.
     Zauważyłam, że podjeżdża jedna taksówka. Szybko, tak żebym nikt inny jej nie zauważył, pobiegłam w jej stronę.
     - Dzień dobry! - krzyknęłam życzliwie do kierowcy. Był on czterdziestoletnim mężczyzną z zaznaczonym brzuszkiem. Zmierzył mnie, westchnął i wyszedł z auta. Otworzył bagażnik i wyciągnął ręce po moje walizki. Podałam mu pierw jedną - ubrania i peruki - a potem drugą - sprzęt. - Tylko proszę ostrożnie z bagażami - rzuciłam, mrugnęłam do niego i wsiadłam do auta. Mężczyzna zaczął coś mruczeć o zdziwaczałych młodych ludziach.
     Wsiadł do auta i spojrzał na mnie.
     - Gdzie panienka jedzie? - spytał z hiszpańskim akcentem.
     - Hotel Grint - odpowiedziałam. Mężczyzna pokiwał głową i odpalił auto.
     Spojrzałam się w okno. Zobaczyłam pełno ludzi na ulicy. Gdybym była normalną dziewczyną, to nigdy bym nie znalazła Uwodziciela w Santa Fe. Ale ja byłam Yvonne O'Kelly.

*

     Dojechaliśmy na miejsce po godzinnym korku. Kierowca - był on Hiszpanem z nerwicą, ciągle przeklinał po hiszpańsku na innych kierowców i nadużywał klaksonu - zatrzymał się pod hotelem Grint. Był to duży budynek w centrum miasta. Zaledwie dwie ulice dalej był Stars.
     Wysiadłam i poczekałam na bagaże. Następnie zapłaciłam kierowcy i pociągnęłam moje walizki w stronę głównego wejścia.
     Na holu był straszny tłok. Doskonałe miejsce do śledzenia. Nie mogłam sprawdzić czy mam ogon. Śledzić mógł mnie każdy - mała dziewczynka, która stała przy recepcji i obserwowała gości albo pani z mopem, która próbowała pozbyć się brudu przy windach.
     Mając nadzieje, że nie mam ogonu, zaczęłam przepychać się w stronę recepcji. Było to jedyne miejsce, gdzie nie było ludzi.
     - Dzień dobry - powiedziałam do znudzonej recepcjonistki. Miała na oko dwadzieścia parę lat i lekką nadwagę. Czarne włosy upięła w w koka.
     - Dzień dobry - odpowiedziała, przeciągając sylaby. - Mogę w czymś pomóc? - spytała z udawaną życzliwością.
     - Miałam tutaj za rezerwowany pokój. Na nazwisko Rockwood - rzuciłam i zaczęłam rozglądać się po holu. Dalej bałam się, że mam ogon. Kobieta zaczęła leniwie przeglądać bazę danych na komputerze.
     - Apartament 7b - powiedziała po pewnej chwili. Wstała ociężale i poszła szukać klucza. Utkwiłam w niej wzrok, starając opanować napięcie. Spojrzałam na swoje odbicie w szybie - wyglądałam na rozluźnioną hipiskę, która nie wie co robi w tym hotelu.
     Kobieta w końcu znalazła ten klucz. Podała mi go, mówiąc:
     - Życzę miłego pobytu w naszym hotelu. - Ponownie usiadła i zaczęła przeglądać jakieś czasopismo.
     Mruknęłam pod nosem dziękuję i poszłam w stronę wind. Kiedy miałam przywołać windę, przypomniałam sobie, że nie wiem, na które piętro mam jechać.
     - Przepraszam. - Podeszłam do sprzątaczki, która patrzyła na ślady po błocie. Jakby chciała je posprzątać siłą umysłu. - Na jakim piętrze jest apartament 7b?
     Kobieta leniwie podniosła wzrok.
     - Piąte piętro - powiedziała skrzeklliwym głosem i znów spojrzała na błoto.
     - Dziękuję. - Nie usłyszałam odpowiedzi.
     Wzruszyłam ramionami i poszłam przywołać windę. Czekałam na nią kilka sekund. Gdzy otowrzyła się, weszłam do niej i nacisnęłam okrągły przycisk z piątką.

*

     Godzina piętnasta trzydzieści. Podążałam w stronę Starsa. Ulice były zatłoczone, wydawało mi się, że nie mam ogonu. Na razie wszystko szło dobrze.
     Szłam cały czas główną ulicą - tak, jak poradzili mi w recepcji. Idź ciągle główną ulicą, a dojdziesz do Starsa.
     Rozglądałam się, udając, że przyglądam się witryną sklepów z bielizną, second handom. Nagle w mojej torebce zapikała komórką - dźwięk przychodzącego smsa. Wyciągnęłam telefon. Dostałam wiadomość od agencji.
     Apartament będziesz dzielić z Uwodzicielem, macie go razem wynajęty. Ty jesteś Anastazja Rockwood, a on jest twoim mężem - Rupertem.
     Przepraszam bardzo, ale czy ich pojebało? Przecież ja go nie znam. I niby mam z nim mieszkać w jednym apartamencie? Wiedziałam, że nie dostałam łóżka małżeńskiego przez przypadek.
     Poczułam, że ktoś mnie obserwuje. Gdy wrzucałam telefon do torebki, obejrzałam się za siebie. Przy delikatesach stał mężczyzna. Ciemne włosy, okulary. Ubrany w garnitur, w ręku trzymał walizeczkę. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że przed chwilą identyczny mężczyzna, tylko rudy, uprawiał jogging.
     Naturalnym krokiem poszłam w stronę sklepu z bielizną. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam rzędy staników, majtek i innych rzeczy, które wcale mnie nie interesowały. Podeszłam do wieszaka, który stał przy lustrze, które odbijało witrynę. Przeglądałam bieliznę, czasami spoglądając na lustro. Mężczyzna zatrzymał się przed sklepem i wykłócał się o coś przez telefon. Albo udawał, że się wykłócał.
     Wzięłam jeden ze staników, który mi się nawet podobał, i wolno poszłam do przymierzali. Zamknęłam za sobą drzwiczki i szybko zaczęłam z torebki wyciągać perukę, inny model nosa, jakąś sukienkę i buty. Szybko założyłam na siebie ubranie, wzięłam eyeliner i zaczęłam robić sobie kreski. Ściągnęłam nos, który był dość duży, i założyłam mniejszy, zgrabniejszy. Czerwoną perukę szybko wrzuciłam do torebki i założyłam długie, blond włosy. Miałam na sobie jasną, przewiewną sukienkę i czarne szpilki. Wyciągnęłam drugą torebkę - pojemny worek, że tak to nazwie. Wrzuciłam do niej wszystko i wyszłam ze stanikiem. Podążyłam w stronę kasy.
     - Dzień dobry - rzuciłam z wyższością i położyłam biustonosz na ladzie. Sprzedawczyni obrzuciła mnie nie chętnym spojrzeniem i skasowała towar.
     - Dziesięć dolarów - mruknęła. Wyciągnęłam z portfela te dziesięć dolców, wzięłam zapakowany zakup i wyszłam ze sklepu.
     Mężczyzna siedział na ławce i obserwował wejście. Spojrzał na mnie przelotnie i ponownie utkwił wzrok w sklepie. Pewnie niedługo zauważy, że ja byłam mną, ale na razie niech pozostanie w stanie nie wiedzy. Podążyłam w stronę wielkiego centrum handlowego, które stało na środku placu.

*

     Kawiarnia U Eve na drugim piętrze. Usiadłam i czekałam, tak jak się umówiliśmy. Znaczy się, tak jak umówiło się CIA i MI6. Położyłam na stole notes - tak miał mnie rozpoznać. Rozglądałam się. W tle leciała cicha muzyka. Spojrzałam na ludzi, których ogarnął jakiś szał na wyprzedarze. Zastanawiałam się, czy wśród tych ludzi nie ma Uwodziciela. Spojrzałam na szczyt schodów ruchomych, mając nadzieje, że go rozpoznam.
     Po paru minutach zauważyłam mężczyznę sprzed sklepu z bielizną. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i zaczął się przepychać przez tłum, a ja już wiedziałam, że to jest Uwodziciel. Mogłam się wcześniej domyśleć. Normalnie bym zaczęła panikować, ale musiałam zachowywać się naturalnie. Odwróciłam od niego wzrok i zaczęłam przeglądać menu.
     Po paru minutach usiadł przede mną.
     - Zmyliłaś mnie w tym sklepie z bielizną. Jesteś tak dobra, jak mówili - powiedział, przyglądając mi się uważnie. - A tak przy okazji, co tam kupowałaś? - spytał z figlarnym uśmiechem.
     Spojrzałam na niego ciężko. Jedyne co miałam ochotę zrobić, to mu przywalić. Wkurzał mnie, chociaż dopiero co go poznałam.
     - Myślę, że to nie twoja sprawa - warknęłam.
     On tylko się zaśmiał.
     - Zamawiasz coś? - spytał, wskazując na menu, które trzymałam w ręku.
     - Latte - rzuciłam, chowając notes do torby.
     Uwodziciel kiwnął na kelnerkę, która, dosłownie, przybiegła do naszego stolika. Miała uwodzicielski uśmiech na twarzy i patrzyła w mężczyznę, który siedział przede mną, jak w obrazek.
     - Tak? - spytała, trzepocząc badziewnie rzęsami. Prychnęłam cicho, ale nikt na mnie nie zwrócił uwagi.
     - Dwa razy latte. - Uśmiechnął się do niej i przeniósł wzrok na mnie, dając jej do zrozumienia, że ma już iść.
     Uśmiech kelnerki trochę zbladł. Odwróciła się i poszła zrobić nam kawy.
     - Yvonne O'Kelly. Na razie brak pseudonimu - wypowiedział to kpiąco, dając mi do zrozumienia, że w tym zespole to on jest lepszy i bardziej doświadczony.
     - Nick Marshall. Uwodziciel - powiedziałam kwaśno.
     Chłopak, mężczyzna, sama nie wiem jak go nazwać, uniósł wysoko brwi.
     - Jestem po prostu zniesmaczona twoim pseudonimem - powiedziałam znudzonym tonem.
     Zaśmiał się.
     - Jesteś chyba pierwszą kobietą, która jest mną zniesmaczona.
     - Najwyraźniej nie spotkałeś nigdy prawdziwej kobiety.
     - Sugerujesz, że wszystkie kobiety, którym się podobam są nie prawdziwe? - spytał, uśmiechając się kącikiem ust.
     - Najwyraźniej - szepnęłam, patrząc mu kpiąco w oczy.
     - Intrygujesz mnie - powiedział, przyglądając mi się uważnie.
     - A ty mnie nie.
     Uniósł brwi.
     - Czyżby?
     Pokiwałam głową.
     - Jesteś całkowicie nie warty mojej uwagi.
     Zaśmiał się.
     Ktoś odchrząknął. Spojrzeliśmy w górę. Nad nami stała kelnerka z tacą. Postawiła przed nami filiżanki z latte i poszła, patrząc na mnie kwaśno. Pewnie myślała, że jesteśmy na randce.
     Nick dalej mi się przyglądał. Patrzył na mnie jak na skomplikowany układ równań. Którym, według mnie, byłam.

*
tak jak obiecałam - rozdział we wrześniu ; ) myślałam, że wyjdzie mi z tego coś lepszego. ale pisałam to dzisiaj na szybko, żeby coś dodać. 
jeżeli chcecie być informowani, to piszcie pod tym postem gdzie.
zmieniłam nazwę na tt: @coomandoo . w najbliższym czasie postaram się uaktualnić wygląd bloga ; ) przepraszam z góry za wszystkie błędy. 
nie wiem kiedy next. zaczęła się szkoła i pewnie będę miała dużo nauki, bo jestem w 3 gim. 
zapraszam do komentowania ; )

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Chapter One: "Misja, panno O'Kelly"


     Szłam pustym korytarzem. Teoretycznie pustym. Tak naprawdę wszędzie były małe kamerki i podsłuchy. Nigdy nie jesteś sam, zawsze ktoś cię obserwuje. Ty, normalny człowiek, zapewne nie zdajesz sobie sprawy, że CIA śledzi twój każdy krok, sprawdza, czy nie stwarzasz zagrożenia. Miliony nagranych rozmów zwykłych ludzi, miliony materiałów filmowych z ulicznych kamer, które mogą coś znaczyć, ale wcale nie muszą. Wszystko po to, żeby sprawdzić, czy zwykły cywil nie zagraża bezpieczeństwu narodowemu.
     Skręciłam w prawy korytarz. Zobaczyłam rząd drzwi i mężczyznę w czarnym garniturze. Miał ciemne okulaty i małą słuchawkę w uchu, która dla normalnego człowieka powinna być niewidoczna. Ale nie dla mnie.
     Trzynaście drzwi. Dwanaście z nich był czarne, za to trzynaste - brązowe. Była na nich mała, złota tabliczka z czarnym napisem:
Marc Grown, szef Wydziału Likwidacji Bomb i Innych Ładunków Wybuchowych
     Agent w czarnym garniturze uśmiechnął się do mnie połową twarzy i wskazał mi na drzwi prowadzące do gabinetu pana Marca Growna. Spojrzałam na niego czujnie, nie odezwałam się. Miał około czterdziestu lat i myślę, że gdybym sprawiała zagrożenie mógłby próbować mnie pokonać- myślę również, że poradziłabym sobie z nim.
     W mojej głowie wybiła czternasta - godzina, na którą byłam umówiona z Marciem Grownem. Jeszcze raz spojrzałam kontem oka na faceta w czarnym garniturze (mógł być wrogim mi szpiegiem, nie mogłam go olać) i zapukałam w brązowe drzwi.
     - Proszę - opowiedział mi przytłumionym głos (drzwi pewnie były kuloodporne).
     Nacisnęłam klamkę. Gabinet był mały, urządzony w brązach. Na prawej ścianie wisiało dziewiętnaście zdjęć, przestawiających pana Marca z rodziną. Na biurku, które stało na środku pokoju, luzem było rozrzucone kilka papierów. Po lewej stronie było pudełko ze spinaczami, nie domknięte. Nie widziałam przodu biurka, ale jestem pewna, że ma trzy szuflady i dwie szafki.
     Marc Grown był potężnie zbudowanym mężczyzną, który już nie uczestniczył w tajnych misjach. Miał małą bliznę na lewym policzku, a jego oczy, jedno niebieskie, drugie zielone, były otoczone delikatnymi zmarszczkami. Włosy miał szpakowate, zaczesane do tyłu. Wskazał mi ręką krzesło, stojące przed jego biurkiem. Siedem prętów w oparciu, pomyślałam. Czasami uciążliwa jest ta spostrzegawczość szpiega.
    - Misja, panno O'Kelly - powiedział, przyglądając mi się. Jego oczy były jak promienie Roentgena - miałam wrażenie, że nic się przed nim nie okryje. Co było prawdą. - Pierwsza odkąd wstąpiła pani do CIA, nie mylę się?
     Jakbyś nie wiedział, pomyślałam, patrząc mu prosto w oczy. Kątem oka widziałam teczkę z moim nazwiskiem - wystawała z nie domkniętej szuflady po prawej stronie. Została odłożona w pośpiechu. Zapewne czytał ją przed moim przybyciem.
     - Tak - odpowiedziałam. Mężczyzna dalej mi się przyglądał, jakby był małym dzieckiem, które zauważyło ciekawy okaz zwierzęcia w zoo.
     - Jesteś dobra - powiedział, rzucając ukradkowe spojrzenie na moją teczkę. Nie odwróciłam od niego wzroku.
     - Tak mówią - powiedziałam obojętnie.
     Marc Grown uśmiechnął się. Zmarszczki pogłębiły się, a blizna na policzku stała się na moment bardziej widoczna. Po chwili ponownie przybrał poważny wyraz twarzy.
     - Przydzieli cię do mojego wydziału, musisz być dobra - podsumował. Otworzył szufladkę po lewej stronie biurka i wyjął z niej szarą teczkę, nie podpisaną. - Według jednego z naszych informatorów, dwudziestego piątego sierpnia, za dwa tygodnie, wybuchnie bomba podłożona w Białym Domu.
     Spojrzałam na niego bez mruknięcia oka. Nie chciałam okazywać radości, jaka wywarła na mnie ta misja. Kiwnęłam tylko głową.
     - Będę pracować sama? - spytałam.
     Marc Grown uśmiechnął się z lekką kpiną.
     - Dobrze wiesz, że w naszym wydziale każdy ma partnera. Jednak ty będziesz miała partnera nietypowego.
     Jak każdy normalny agent, spojrzałam na niego czujnie. W naszym życiu wszystko co jest nietypowe komplikuje sprawę. Życie szpiega jest wystarczająco nietypowe.
     - Czyli? - spytałam, doskonale udając obojętny głos.
     Mężczyzna lekko się skrzywił.
     - Jak zapewne wiesz, w historii CIA zdarzały się takie przypadki* - powiedział powoli. Przybrał obojętny wyraz twarzy. - Staramy się, żeby nasi agenci mieli zapewnione jak najlepsze wsparcie na świecie - ciągnął, starannie dobierając słowa. - Musieliśmy podjąć współpracę z brytyjskim wywiadem.
     - MI6? - spytałam, nie umiejąc ukryć zdziwienia. - Ale po co? Przecież CIA...
     - Potrzebne nam ich umiejętności w niektórych misjach - przerwał mi. - Po za tym, dzięki MI6 mamy więcej agentów do dyspozycji. Rząd amerykański i brytyjski naciskał na nas. Nie mieliśmy innego wyjścia.
     Pokiwałam głową ze zrozumieniem. Tak naprawdę, to tego nie rozumiałam. Jesteśmy najlepsi na świecie - po co nam jakieś brytyjskie mendy?
     - Twoim partnerem będzie agent z MI6 - ciągnął Marc Grown. Pokiwałam głową, starając się nie skrzywić.
     - To gdzie on jest? - spytałam. Spodziewałam się, że zaraz wleci przez okno ze spadochronem, czy coś takiego.
     Marc uśmiechnął się połową twarz. Agenci ten uśmiech mają wpisany w geny, pomyślałam.
     - W Wielkiej Brytanii - powiedział. - Macie się spotkać 13 sierpnia w Nowym Meksyku, w Santa Fe. Polecisz tam z Los Angeles.
     Uniosłam wysoko brwi.
     - Nie lepiej, żebyśmy się spotkali w Waszyngtonie? - spytałam, patrząc uważnie na twarz agenta.
     Mężczyzna prawie się roześmiał.
     - Macie dwa tygodnie. Musicie się poznać. Po za tym, trzeba zmylić wroga. Raczej by się domyślił, że chcemy go zdemaskować, gdyby dwudziestego trzeciego sierpnia dwóch agentów pojawiło się w Waszyngtonie? Musicie tak rozłożyć plan podróży, żeby dostać się do stolicy dwa dni przed wybuchem. I zapamiętaj sobie - postaraj się go poznać i zaufać mu. Bez wzajemnego poznania i zaufania partnerów, nigdy nie powiedzie się misja.
     Kiwnęłam głową. Oczekiwał ode mnie rzeczy niemożliwej - miałam zaufać agentowi, którego nie znałam. Szpieg tak nie potrafi.
     - Kto ma być moim parterem?
     Marc Grown sięgnął do teczki i wyjął z niej plik kartek, spięty spinaczem. Na samym początku było zdjęcie młodego mężczyzny. Miał on potargane blond włosy. Jego niebieskie oczy wyglądały jak karaibskie niebo. Nad prawą brwią była blizna. Usta miał pełne, o jasnoróżowym kolorze. Wszystko to zarejestrowałam w zaledwie sekundę.
     Spojrzałam na rubrykę imię i nazwisko.
     - Nick Marshall - przeczytałam na głos. Marc kiwnął głową. Przeszłam do rubryki pseudonim. - Uwodziciel? - W moim głosie słychać było zdziwienie i zniesmaczenie.
     - Nick Marshall, pseudonim Uwodziciel - powtórzył powoli Marc Grown. - Słyszałem, że jest dobry. Nawet bardzo. A jego papiery to potwierdzają.
     Złapał ukraińską mafię, która próbowała przemycić broń, rzuciło mi się w oczy. Przebiegłam pobieżnie tekst.
     Zapobiegł zamachowi na życie królowej Anglii... Przejął statek z materiałami wybuchowymi rąk rosyjskich terrorystów... Wykradł wrogiemu agentowi listę nazwisk agentów MI6... Uratował córkę prezydenta Francji z rąk porywaczy... Uwiódł włoską agentkę, kradnąc jej bombę, która miała wysadzić Luwr... Wykrył spisek przeciw rodzinie panującej...
     Z jednej strony była pod wrażeniem jego dokonań, z drugiej strony byłam zniesmaczona.
     - Większość jego wrogów to kobiety, prawda? - spytałam, nie podnosząc wzroku znad jego zdjęcia.
     - Zgadza się, panno O'Kelly.
     Odsunęłam od siebie papiery i spojrzałam na Marca Growna.
     - Muszę z nim pracować? Nie przydzielicie mi nikogo innego? - To było pytanie retoryczne i Grown doskonale to wiedział. Jednak zaprzeczył ruchem głowy.
     - Jak to zadanie się wam nie powiedzie, nie będzie twoim partnerem. Ale jeżeli wam się uda...
     ... to będziemy wykonywać razem każdą misję, nawet jeżeli będziemy się nienawidzić, dokończyłam w myślach.
     Pokiwałam głową.
     - Jakieś szczegóły misji?
     Marc Grown spojrzał na mnie wzrokiem pełnym ulgi - najwyraźniej nie lubił mówić o MI6.
     - Macie dwa zaproszenia na bal w Białym Domu, z okazji urodzin Pierwszej Damy - powiedział, wyciągając z teczki dwie krateczki. Były bogato zdobione, a fantazyjną czcionkę trudno było odczytać. - W czasie tego balu, około dwudziestej trzeciej, ma wybuchnąć bomba. Bal rozpoczyna się o godzinie dziewiętnastej. Będziecie mieć godzina na pokręcenie się wśród tłumu. Potem macie zniknąć i znaleźć Bombę. I ją zniszczyć.
     - Jaki model? - spytałam, biorąc jedno zaproszenie do ręki. Było dla Logana Underwooda.
     - Standardowy - agent wzruszył ramionami.
     - Żadne wyzwanie - mruknęłam, odkładając zaproszenie.
     Marc zaśmiał się.
     - Zaiste, żadne - przyznał mi racje. - Ale jeżeli wam się nie uda, zginą najważniejsze osoby w państwie. Wam się pewnie uda uciec - wzruszył ramionami. - Uwodziciel jest dobry w ucieczkach.
     Nie pocieszył mnie.
     - Jaką mamy przykrywkę na bal?
     Mężczyzna ponownie uśmiechnął się połową twarzy.
     - Logan Underwood - postukał palcem w zaproszenie, które przed chwilą odłożyłam - jest synem Patricka Underwooda, amerykańskiego polityka i naszego byłego agenta, który zgodził się zapewnić wam tą przykrywkę. Ty masz na imię Weronica McLaggen. Jesteś sto czterdziesta druga w kolejce do brytyjskiego tronu. Będziesz osobą towarzyszącą Logana. A konkretnie - jego narzeczoną.
     Nie podobało mi się to. Ale w końcu to tylko przykrywka.
     - Osoba, która podłożyła bombę będzie na balu. Musi wiedzieć, że wszyscy, których chce zabić są na miejscu - powiedziałam bardziej do siebie, niż do Growna.
     - Doskonale, panno O'Kelly. - Poczułam się jak w szkole. Jakbym dała Dobrą odpowiedź na zadane przez nauczyciela pytanie. - Ta bomba jest bardzo nie wygodna na zamachowca - była robiona bardzo szybko, przez co jest topornej konstrukcji. Wróg będzie  miała pilot, który odpala tą bombę. Wy musicie wyśledzić go iść i odebrać mu ten pilot. Ale, tak jak zauważyłaś, zamachowiec będzie się chciał upewnić, czy aby na pewno zabije prezydenta, który zapewne jest głównym celem. Przecież w tym czasie, w którym będzie chciał odpalić bombę, prezydent może dostać jakieś nagłe wezwanie. Zamachowiec wybierze najbardziej odpowiednią chwilę, wyjdzie, oddali się od Białego Domu i uruchomi bombę.
     - Może być więcej ludzi - powiedziałam powoli - żeby ubezpieczać osobę, która ma odpalić bombę.
     - Zapewne będą na nią czekać w umówionym miejscu - przytaknął.
     To była jedna z tych misji, w której albo wszystko pójdzie gładko, albo wszystko zepsujesz.
     - Wezwę Mayę, żeby przekazała ci niezbędne wyposażenie. - Wystukał coś na swoim smartphonie. Następnie spojrzał na mnie i uśmiechnął się. - Powodzenia.
     Przyda się, pomyślałam.

~*~
Dobra, udało mi się napisać rozdział na dzisiaj. Ale 2 już na 100% będzie we wrześniu, bo jutro wyjeżdżam i przez 3 tygodnie nie będę miała dostępu do komputera i internetu ; )
Nudnawy trochę, ale musiałam jakoś to wszystko wprowadzić. Co prawda, jeszcze nie wiecie jak ma na imię główna bohaterka, znacie tylko jej nazwisko, no ale XD
Przepraszam za wszystkie błędy, których nie udało mi się poprawić ; )
czytasz = komentujesz ; )

niedziela, 5 sierpnia 2012

prolog


     Całe życie uczono mnie jak oszukiwać, ukryć się,  bronić się albo zaatakować. Jak wykorzystać swoje atuty. Jak być dobrym szpiegiem.
     Myślałam, że potrafię wszystko - zakamuflować się, pokonać rosyjską mafię czy wykraść bombę terrorystą. Przygotowali mnie na każdą możliwą sytuacje - od dogadania się z arabskim szejkiem do sterowania samolotem, na wypadek gdyby ktoś napadł na pilotów.
     Byłam doskonale przygotowana na moją pierwszą misję. Znałam jej wszystkie możliwe scenariusze. Tylko w żadnym z nich nie było uwzględnionego tego jednego, teoretycznie mało istotnego, punktu.

~*~

Witam wszystkich ; ) Tak, wiem, niedawno zawiesiłam jednego bloga. Ale co tam. To moja pierwsza historia, która nie jest ff. Całkiem moje. Pomysł ze szpiegiem wpadł mi, kiedy czytałam Dziewczyny z Akademii Gallagher. Mam nadzieje, że spodobał wam się prolog ; )
Pierwszy rozdział pojawi się we wrześniu ; )

archiwum