poniedziałek, 3 września 2012

Chapter Two: "Patrzył na mnie jak na skomplikowany układ równań. "


     Przy postoju taksówek tłoczył się spory tłum ludzi. Byłam w Santa Fe. Miałam na sobie czerwoną perukę, mnóstwo pudru na twarzy, sztuczne rzęsy, większy nos, ubrania na hipisa. Podstawowy środek bezpieczeństwa - kamuflaż. Agent z długim stażem czuje się lepiej w przebraniu, niż we własnej skórze. Mnie też to czeka. Ale jeszcze nie teraz.
     Zegar na wieży  wybił godzinę dziesiątą. Była trzynasta, 13 sierpnia. Stałam przy lotnisku w Santa Fe, miałam trzy godziny do spotkania z Nickiem Marshallem. O szesnastej musiałam być w Starsie - miejscowym centrum handlowym.
     Zauważyłam, że podjeżdża jedna taksówka. Szybko, tak żebym nikt inny jej nie zauważył, pobiegłam w jej stronę.
     - Dzień dobry! - krzyknęłam życzliwie do kierowcy. Był on czterdziestoletnim mężczyzną z zaznaczonym brzuszkiem. Zmierzył mnie, westchnął i wyszedł z auta. Otworzył bagażnik i wyciągnął ręce po moje walizki. Podałam mu pierw jedną - ubrania i peruki - a potem drugą - sprzęt. - Tylko proszę ostrożnie z bagażami - rzuciłam, mrugnęłam do niego i wsiadłam do auta. Mężczyzna zaczął coś mruczeć o zdziwaczałych młodych ludziach.
     Wsiadł do auta i spojrzał na mnie.
     - Gdzie panienka jedzie? - spytał z hiszpańskim akcentem.
     - Hotel Grint - odpowiedziałam. Mężczyzna pokiwał głową i odpalił auto.
     Spojrzałam się w okno. Zobaczyłam pełno ludzi na ulicy. Gdybym była normalną dziewczyną, to nigdy bym nie znalazła Uwodziciela w Santa Fe. Ale ja byłam Yvonne O'Kelly.

*

     Dojechaliśmy na miejsce po godzinnym korku. Kierowca - był on Hiszpanem z nerwicą, ciągle przeklinał po hiszpańsku na innych kierowców i nadużywał klaksonu - zatrzymał się pod hotelem Grint. Był to duży budynek w centrum miasta. Zaledwie dwie ulice dalej był Stars.
     Wysiadłam i poczekałam na bagaże. Następnie zapłaciłam kierowcy i pociągnęłam moje walizki w stronę głównego wejścia.
     Na holu był straszny tłok. Doskonałe miejsce do śledzenia. Nie mogłam sprawdzić czy mam ogon. Śledzić mógł mnie każdy - mała dziewczynka, która stała przy recepcji i obserwowała gości albo pani z mopem, która próbowała pozbyć się brudu przy windach.
     Mając nadzieje, że nie mam ogonu, zaczęłam przepychać się w stronę recepcji. Było to jedyne miejsce, gdzie nie było ludzi.
     - Dzień dobry - powiedziałam do znudzonej recepcjonistki. Miała na oko dwadzieścia parę lat i lekką nadwagę. Czarne włosy upięła w w koka.
     - Dzień dobry - odpowiedziała, przeciągając sylaby. - Mogę w czymś pomóc? - spytała z udawaną życzliwością.
     - Miałam tutaj za rezerwowany pokój. Na nazwisko Rockwood - rzuciłam i zaczęłam rozglądać się po holu. Dalej bałam się, że mam ogon. Kobieta zaczęła leniwie przeglądać bazę danych na komputerze.
     - Apartament 7b - powiedziała po pewnej chwili. Wstała ociężale i poszła szukać klucza. Utkwiłam w niej wzrok, starając opanować napięcie. Spojrzałam na swoje odbicie w szybie - wyglądałam na rozluźnioną hipiskę, która nie wie co robi w tym hotelu.
     Kobieta w końcu znalazła ten klucz. Podała mi go, mówiąc:
     - Życzę miłego pobytu w naszym hotelu. - Ponownie usiadła i zaczęła przeglądać jakieś czasopismo.
     Mruknęłam pod nosem dziękuję i poszłam w stronę wind. Kiedy miałam przywołać windę, przypomniałam sobie, że nie wiem, na które piętro mam jechać.
     - Przepraszam. - Podeszłam do sprzątaczki, która patrzyła na ślady po błocie. Jakby chciała je posprzątać siłą umysłu. - Na jakim piętrze jest apartament 7b?
     Kobieta leniwie podniosła wzrok.
     - Piąte piętro - powiedziała skrzeklliwym głosem i znów spojrzała na błoto.
     - Dziękuję. - Nie usłyszałam odpowiedzi.
     Wzruszyłam ramionami i poszłam przywołać windę. Czekałam na nią kilka sekund. Gdzy otowrzyła się, weszłam do niej i nacisnęłam okrągły przycisk z piątką.

*

     Godzina piętnasta trzydzieści. Podążałam w stronę Starsa. Ulice były zatłoczone, wydawało mi się, że nie mam ogonu. Na razie wszystko szło dobrze.
     Szłam cały czas główną ulicą - tak, jak poradzili mi w recepcji. Idź ciągle główną ulicą, a dojdziesz do Starsa.
     Rozglądałam się, udając, że przyglądam się witryną sklepów z bielizną, second handom. Nagle w mojej torebce zapikała komórką - dźwięk przychodzącego smsa. Wyciągnęłam telefon. Dostałam wiadomość od agencji.
     Apartament będziesz dzielić z Uwodzicielem, macie go razem wynajęty. Ty jesteś Anastazja Rockwood, a on jest twoim mężem - Rupertem.
     Przepraszam bardzo, ale czy ich pojebało? Przecież ja go nie znam. I niby mam z nim mieszkać w jednym apartamencie? Wiedziałam, że nie dostałam łóżka małżeńskiego przez przypadek.
     Poczułam, że ktoś mnie obserwuje. Gdy wrzucałam telefon do torebki, obejrzałam się za siebie. Przy delikatesach stał mężczyzna. Ciemne włosy, okulary. Ubrany w garnitur, w ręku trzymał walizeczkę. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że przed chwilą identyczny mężczyzna, tylko rudy, uprawiał jogging.
     Naturalnym krokiem poszłam w stronę sklepu z bielizną. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam rzędy staników, majtek i innych rzeczy, które wcale mnie nie interesowały. Podeszłam do wieszaka, który stał przy lustrze, które odbijało witrynę. Przeglądałam bieliznę, czasami spoglądając na lustro. Mężczyzna zatrzymał się przed sklepem i wykłócał się o coś przez telefon. Albo udawał, że się wykłócał.
     Wzięłam jeden ze staników, który mi się nawet podobał, i wolno poszłam do przymierzali. Zamknęłam za sobą drzwiczki i szybko zaczęłam z torebki wyciągać perukę, inny model nosa, jakąś sukienkę i buty. Szybko założyłam na siebie ubranie, wzięłam eyeliner i zaczęłam robić sobie kreski. Ściągnęłam nos, który był dość duży, i założyłam mniejszy, zgrabniejszy. Czerwoną perukę szybko wrzuciłam do torebki i założyłam długie, blond włosy. Miałam na sobie jasną, przewiewną sukienkę i czarne szpilki. Wyciągnęłam drugą torebkę - pojemny worek, że tak to nazwie. Wrzuciłam do niej wszystko i wyszłam ze stanikiem. Podążyłam w stronę kasy.
     - Dzień dobry - rzuciłam z wyższością i położyłam biustonosz na ladzie. Sprzedawczyni obrzuciła mnie nie chętnym spojrzeniem i skasowała towar.
     - Dziesięć dolarów - mruknęła. Wyciągnęłam z portfela te dziesięć dolców, wzięłam zapakowany zakup i wyszłam ze sklepu.
     Mężczyzna siedział na ławce i obserwował wejście. Spojrzał na mnie przelotnie i ponownie utkwił wzrok w sklepie. Pewnie niedługo zauważy, że ja byłam mną, ale na razie niech pozostanie w stanie nie wiedzy. Podążyłam w stronę wielkiego centrum handlowego, które stało na środku placu.

*

     Kawiarnia U Eve na drugim piętrze. Usiadłam i czekałam, tak jak się umówiliśmy. Znaczy się, tak jak umówiło się CIA i MI6. Położyłam na stole notes - tak miał mnie rozpoznać. Rozglądałam się. W tle leciała cicha muzyka. Spojrzałam na ludzi, których ogarnął jakiś szał na wyprzedarze. Zastanawiałam się, czy wśród tych ludzi nie ma Uwodziciela. Spojrzałam na szczyt schodów ruchomych, mając nadzieje, że go rozpoznam.
     Po paru minutach zauważyłam mężczyznę sprzed sklepu z bielizną. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i zaczął się przepychać przez tłum, a ja już wiedziałam, że to jest Uwodziciel. Mogłam się wcześniej domyśleć. Normalnie bym zaczęła panikować, ale musiałam zachowywać się naturalnie. Odwróciłam od niego wzrok i zaczęłam przeglądać menu.
     Po paru minutach usiadł przede mną.
     - Zmyliłaś mnie w tym sklepie z bielizną. Jesteś tak dobra, jak mówili - powiedział, przyglądając mi się uważnie. - A tak przy okazji, co tam kupowałaś? - spytał z figlarnym uśmiechem.
     Spojrzałam na niego ciężko. Jedyne co miałam ochotę zrobić, to mu przywalić. Wkurzał mnie, chociaż dopiero co go poznałam.
     - Myślę, że to nie twoja sprawa - warknęłam.
     On tylko się zaśmiał.
     - Zamawiasz coś? - spytał, wskazując na menu, które trzymałam w ręku.
     - Latte - rzuciłam, chowając notes do torby.
     Uwodziciel kiwnął na kelnerkę, która, dosłownie, przybiegła do naszego stolika. Miała uwodzicielski uśmiech na twarzy i patrzyła w mężczyznę, który siedział przede mną, jak w obrazek.
     - Tak? - spytała, trzepocząc badziewnie rzęsami. Prychnęłam cicho, ale nikt na mnie nie zwrócił uwagi.
     - Dwa razy latte. - Uśmiechnął się do niej i przeniósł wzrok na mnie, dając jej do zrozumienia, że ma już iść.
     Uśmiech kelnerki trochę zbladł. Odwróciła się i poszła zrobić nam kawy.
     - Yvonne O'Kelly. Na razie brak pseudonimu - wypowiedział to kpiąco, dając mi do zrozumienia, że w tym zespole to on jest lepszy i bardziej doświadczony.
     - Nick Marshall. Uwodziciel - powiedziałam kwaśno.
     Chłopak, mężczyzna, sama nie wiem jak go nazwać, uniósł wysoko brwi.
     - Jestem po prostu zniesmaczona twoim pseudonimem - powiedziałam znudzonym tonem.
     Zaśmiał się.
     - Jesteś chyba pierwszą kobietą, która jest mną zniesmaczona.
     - Najwyraźniej nie spotkałeś nigdy prawdziwej kobiety.
     - Sugerujesz, że wszystkie kobiety, którym się podobam są nie prawdziwe? - spytał, uśmiechając się kącikiem ust.
     - Najwyraźniej - szepnęłam, patrząc mu kpiąco w oczy.
     - Intrygujesz mnie - powiedział, przyglądając mi się uważnie.
     - A ty mnie nie.
     Uniósł brwi.
     - Czyżby?
     Pokiwałam głową.
     - Jesteś całkowicie nie warty mojej uwagi.
     Zaśmiał się.
     Ktoś odchrząknął. Spojrzeliśmy w górę. Nad nami stała kelnerka z tacą. Postawiła przed nami filiżanki z latte i poszła, patrząc na mnie kwaśno. Pewnie myślała, że jesteśmy na randce.
     Nick dalej mi się przyglądał. Patrzył na mnie jak na skomplikowany układ równań. Którym, według mnie, byłam.

*
tak jak obiecałam - rozdział we wrześniu ; ) myślałam, że wyjdzie mi z tego coś lepszego. ale pisałam to dzisiaj na szybko, żeby coś dodać. 
jeżeli chcecie być informowani, to piszcie pod tym postem gdzie.
zmieniłam nazwę na tt: @coomandoo . w najbliższym czasie postaram się uaktualnić wygląd bloga ; ) przepraszam z góry za wszystkie błędy. 
nie wiem kiedy next. zaczęła się szkoła i pewnie będę miała dużo nauki, bo jestem w 3 gim. 
zapraszam do komentowania ; )

4 komentarze:

  1. Witam! Wchodzę w powiadomienia, a tutaj ty... Najszybciej jak mogłam weszłam na twojego bloga. Nie żałuję;) Miło jest czasem przeczytać coś z takiego gatunku. Trochę akcji, może jakiś wątek miłosny;) Yvonne na razie w pięknym stylu odrzuca myśl, że będzie musiała współpracować z Nickiem. Nie zyskał on na razie, szczerze mówiąc, mojej sympatii. Jest taki jakby trochę zadufany w sobie. Z drugiej strony to ciekawe, bo przecież każda postać nie może być wzorem do naśladowania i nosić aureolki...Magia w tym, że każdy jest inny. Liczę, że dasz znać, co sądzisz o mej twórczości;)
    Ps. Witaj w klubie! Ja też w 3 gimnazjum! Taa..dużo nauki, powtórzenia, a mój jutrzejszy plan jest..hmm..nie wiem jak to ładnie powiedzieć..do chrzanu. Ale ja na bloga zawsze znajdę czas. Ty też na pewno;)
    Pozdro;)

    OdpowiedzUsuń
  2. jestes w 3 gim tak samo jak ja super ;) rozdzial niesamowity jak kazdy inny <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeśli chcesz, zajrzyj do mnie na nowy http://tocowzyciunajwazniejsze.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. ile mozna czekac na nastepny rodzial ;'(

    OdpowiedzUsuń

archiwum